Błogosławię godzinę i dzień, i minutę,
W których mnie nawiedziłaś mocą czarnoksięską;
Błogosławię uroki i słodycz nieziemską,
Do której jak łańcuchem serce mam przykute.
Błogosławię niedobre twe łzy i cykutę
Spojrzeń, które mi życie wypełniają klęską,
Błogosławię twą przemoc wątłą, lecz zwycięską,
I słowa najstraszliwszą trucizną zatrute.
Błogosławię cię zawsze, bom szaleniec boży,
Co nie zna poza tobą ludzi ani świata;
Co zabije dla ciebie i matkę, i brata,
I jeszcze w uwielbieniu u nóg twoich złoży
Nóż, co wbić masz w to serce nieszczęsne w obłędzie...
A ono cię i wtedy błogosławić będzie.
Cóż się dziwić błękitowi, cóż się dziwić kamieniowi,
Myśmy wszyscy sobie bliscy, myśmy wszyscy jednakowi.
Nasze oczy wypłakane nie zagoją się miłością,
Kamień leży na nizinach, błękit szumi wysokościom,
Wzrok ku górze błękitnieje, kamień w dole kamienieje -
Oto ciemne nasze pieśni, oto wierne nasze dzieje.
Ciepłą dłonią wyrzucony kamień stygnie na błękicie,
Oczy ścielą się po ziemi, rosą ścielą się o świcie,
A ja chodzę pode drzwiami, pode drzwiami zamkniętemi,
I dobijam się do nieba, i dobijam się do ziemi,
I oddaję, wykrzykując ciemnie pieśni bezimienne,
Błękitowi, co błękitne, kamieniowi, co kamienne.