Wzdychała kreda: "Wciąż jestem biała,
Nie chcę być biała!..." No i - sczerniała.
Jęczał atrament: "O, losie marny,
Wciąż jestem czarny, kompletnie czarny,
Jak gdyby we mnie kto smołę przelał.
Nie chcę być czarny! Dość już!" I zbielał.
W szkole straszliwy zrobił się zamęt:
Ładna historia! Biały atrament!
Któż go na białym dojrzy papierze?
Nikną litery i kleksy świeże,
Nie zda się na nic wypracowanie,
Gdy z liter nawet ślad nie zostanie.
Zbladł nauczyciel i bladolicy
Przez chwilę z kredą stał przy tablicy,
Lecz nic napisać na niej się nie da:
Czarna tablica i czarna kreda!
Jak tu rozwiązać można zadanie,
Gdy cyfr odróżnić nikt nie jest w stanie.
Rzekł nauczyciel zakłopotany:
"Dziwne to, bardzo dziwne przemiany!
Kreda jest czarna, atrament biały...
Wiemy, kto robi takie kawały!"
Mówiąc to palec przytknął do czoła,
GroĄnym spojrzeniem powiódł dokoła
I mnie, choć ja się winnym nie czuję,
Ze sprawowania postawił dwóję.
Dzień gorętszy od serca nie sprzyja marzeniu -
Ucieknijmy od słońca i uśnijmy w cieniu,
Będzie skwarne południe wisiało nad nami,
Będą drzewa szumiały w nasz sen gałęziami,
Srebrna miazga obłoków przypomni powiekom,
Podróż taką niebyłą, i taką daleką,
I to wszystko, co nigdy nie staje się we śnie,
Tego dnia śnić się będzie wszystkim jednocześnie.
Przyjdzie człowiek o jednem roślinnem imieniu
I pstrokatą dziewczynę zacałuje w cieniu:
Drzewny duch ich połączy i wiośnie przeznaczy,
Aż każdemu się przyśnią dziwniej lub inaczej.
Pójdą razem ulicą od sieni do sieni,
Do domów, gdzie cieniście będziemy uśpieni,
I powierzą nam swoje skłócone imiona,
Pstrokate i roślinne - te dwa: on i ona.
Od tych imion się zacznie. Bo gdy imię śni się,
Niknie zarys cielesny, a duch trwa w zarysie,
Aż resztę oczu gasi mimowolna władza,
Która nieprzebudzonych ze snu wyprowadza.
śpieszmy się! Czas nam w drogę, a niema już czasu,
Drzwiami można wypłynąć, nie ruszając zasuw,
I w te światy roślinne i światy pstrokate
Popłynąć na kwietniową, na nową krucjatę.
Śpieszmy się! Czas nam w drogę! Świat za światem dąży
I z daleka lśni obłok atłasowej komży.
Ach, to Bóg się przyłączył do naszych koszmarów,
Opuściwszy swych niebios księżycowy parów:
Wspólna leży nam droga i niewiara wspólna,
I buszuje przed nami nicość nieutulna,
I światy niebywałe, zaklęte w imiona,
Pstrokaty i roślinny - te dwa: on i ona.
Karczma wisi na drodze. Popłyńmy do karczmy
I byt jej zielonością kwietniową obarczmy...
Tam w gąsiorach z bursztynu jest patoka złota
Dla ptaków i aniołów strudzonych w przelotach.
Nie zna trudu marzenie wyzwolone z ciała,
Płyńmy, płyńmy dopóki jawa nie nastała.
Jakiś kościół pękaty w słońcu nas dogonił,
Całą kwadrę za nami kopułami dzwonił,
Aż się wreszcie uwikłał w lazurowych gąszczach
I odleciał z brzęczeniem złotego chrabąszcza.
Jeszcze słońce, na oślep, tratując przestrzenie,
Chlusnęło w naszą smugę zawistnym płomieniem,
I stoczyło się w próżnię, gdzie wieczność pochmurna
Włożyła je na palec, jak pierścień Saturna.
Odtąd nic się nie działo niżej, ani wyżej,
Nie było już oddali, nie było pobliży,
Wieczność stała się czasu i kresu mogiłą,
Ale samej wieczności także już nie było,
I nasz lot, odkąd minął kosmiczne ogromy,
Pozbawiony tych mijań - stał się nieruchomy,
I jeszcze tylko drgały raz-po-raz imiona:
Pstrokate i roślinne. Te dwa. On i ona.
Z dwojga imion powstało nowe imię - trzecie -
Nieznane jak świat światem, nienazwane w świecie,
Obudziło nas wszystkich uśpionych w południe,
Ocuciło nam dusze wędrujące złudnie,
I kazało klęczącym pod gwiezdną ulewą,
W dół i w górę wyrastać, jak zielonym drzewom.
Przyjdźcie do mnie i spójrzcie jak szumię wysoko
Moją duszą liściastą i drzewną powłoką,
Przyjdźcie do mnie, do prostej, wesołej topoli,
Której nic już się nie śni i nic już nie boli.